“Okno”- Krzysztof Lewandowski
“Okno”- Krzysztof Lewandowski
Piastowska w Światowidzie
Dlaczego Svankmajer
ONEIRON
107 Urodziny Hansa Bellmera w Katowicach
Psychodelia ‘60
Hofmann i odkrycie LSD. Spotkanie i przegląd filmowy
Okno
W betonowym murze polskiej kultury buddyzm wyłonił się jak okno do innego wymiaru. Kiedy w 1974 roku przybyłem z grupką przyjaciół na górę Kamieńczyk, nie wiedziałem, że ten kilkudniowy pobyt odciśnie się tak bardzo na całym moim życiu. Pamiętam, że zaczytywałem się wówczas Lemem, zachwycony śmiałością jego słowa, lecz to, co spotkałem w chatce Berszów, gdzie po raz pierwszy skrzyżowałem nogi na macie, przekraczało koloryt słów i wszystko to, co wyobrażone. Zen to było wyjście poza słowo, a zatem i poza dogmatyczną i scentralizowaną kulturę, która zamykała mnie w sztucznych światach literatury i filozofii.
Nie było to łatwe doświadczenie dla kogoś, kto w słowach upatrywał moc artystycznego wyrazu, szybko jednak zorientowałem się, że w podobnym dylemacie nie pozostaję sam.
Urok Kamieńczyka i Katowic tworzyli ludzie, zwłaszcza gospodarze tych miejsc - Urszula i Andrzej, promieniejący charyzmą pewności działania, ale nie tylko oni, bo przecież aurę pracowni przy Piastowskiej współtworzyło wiele osób niepokornych wobec oficjalnych doktryn zalewających nas z dzienników i ambon.
Dla mnie ślad buddyzmu, a może ślad Piastowskiej, okazał się bardzo mocny, mimo przygaśnięcia mojego zapału do praktyki buddyjskiej po wizycie Philipa Kapleau latem 1975 roku. Zostałem jego uczniem, ale czułem, że nie nawiązała się między nami nić sympatii czy porozumienia. Był dla mnie kolejnym koturnowym autorytetem - osobą niedosięgłą z wyżyn swojego tanu i oświecenia, odgrodzoną językiem i rytualnymi japońskimi formami od mojej codzienności.
Tak zostałem sympatykiem buddyzmu, a raczej sympatykiem ludzi związanych z buddyzmem, którzy w totalitarnej rzeczywistości zdołali wyrąbać okno i w drugiej połowie lat siedemdziesiątych przemyśliwali, jak przez nie wyskoczyć na zewnątrz.
Moja próba wyskoczenia przez okno nastąpiła w roku 1978, kiedy tropem miejsc oswojonych przez buddystów odwiedziłem Szwecję, Danię, Niemcy i Austrię. Pamiętam gościnną willę barona von Renteln w Hamburgu, męża Iny von Renteln, uczennicy Kapleau, gdzie w salonie grywało się w ping-ponga, oraz wielkie mieszkanie na Gamla Stanie w Sztokholmie, gdzie wspólnie z Bolkiem Rokiem i Grzesiem Szewczykiem montowaliśmy chałupniczo elementy wojskowej elektroniki.
Przekonałem się wówczas, że dalej siedzę w oknie, mimo pozorów bycia po jego drugiej stronie. Kilka tygodni później znalazłem się w Christiani, kopenhaskiej dzielnicy hippisów, i wtedy naszedł mnie pomysł, aby spróbować instant enlightment, jak nazywano chemiczne podróże na kwasie. W sklepiku hipisowskim nie bez trudu udało mi się kupić czerwone gwiazdki kryształków LSD, które przemyciłem do Polski.
Jednak i instant enlightment nie unicestwiało obserwatora, który siedzi w każdym z nas, nie wyrzucało z okna, w istocie okna oprawionego w mur naszego ego, naszej niepowtarzalności. W tym zakresie największe nauki zawdzięczam Andrzejowi Urbanowiczowi, który jest dla mnie przykładem niepowtarzalności, która nie wstydzi się ujawnień. Nasza niepowtarzalność to swoisty mur, który czyni z nas obserwatorów, a nie uczestników zdarzeń.
Nie ma w tym nic nagannego, że jesteśmy obserwatorami, że okno ma oparcie dla swoich ram w naszej wyjątkowości, która jest równocześnie naszą wewnętrzną samotnością. Należy skonstatować ten fakt, nic więcej. Mur ego jest naszym azylem, naszą ochroną przed zalewem krzykliwej pseudojedności. Zdarza się jednak, że nie ma w nim okien, że lęk przed odklejeniem się od silnego sądu o świecie zamyka nas kompletnie przed obserwacją.
Żeby obserwować, trzeba nosić w sobie spokój, swój metaświat, który nie boi się porównań i konfrontacji z tym, co na zewnątrz. Wtedy do głosu dopuszczamy OBRAZ, czyli własny i na wskroś subiektywny ogląd rzeczy, wyrastający z nastroju, w którym utwierdza nas medytacja. Kwintesencją jest tu wypracowana z czasem jakość patrzenia i tę jakość od lat podziwiam u Andrzeja, bacznego obserwatora tego, co maluje pędzel jego życia.
Wydaje się, że ruchami tego pędzla kieruje w równym stopniu umysł artysty, co i chaos bogini Eris, rozpoznany w harmonii płynącej z trzewi kosmosu, trzewi dziania się. Na dnie chaosu jest ład, do którego jednak nasze ratio obserwatora nie posiada dostępu. Bijące źródło ładu chaosu jest zawsze głębiej ukryte, niż sięga nasz pogląd na jego temat i dlatego obraz, zdawałoby się własny i zindywidualizowany, pełen niespekulatywnego dynamizmu, bywa zaskoczeniem także dla artysty, zwłaszcza gdy ujawnia swój nieprzewidywalny porządek i piękno.
Obrazy Urbanowicza są większe, niż płótna, na których panoszą się jego obrazy. W latach siedemdziesiątych zainicjowały nas w buddyzm, w latach osiemdziesiątych odwodziły nas od wszelkiej religijności. Dziś zwracają uwagę na sprawy podstawowe dla naszej tożsamości, a więc na otwarte relacje z drugim człowiekiem, wyzbyte przemocy, zazdrości i poczucia własności, na seksualną podmiotowość dzieci, uwikłanych w patriarchalną rzeczywistość kościołów, wreszcie na sztukę i jej rolę w rozbijaniu skostniałych struktur mentalnych i torowaniu paradygmatu wolności.
Jakość patrzenia potrafi wykryć koturn egotyzmu, na którym staje słabe ego, aby zastygać w autorytecie i dogmatyzmie, pożywce naszego buntu lat siedemdziesiątych. Dzisiaj, z perspektywy 35 lat, można pokusić się o refleksję, że nieliczne, ale widoczne w kulturze, środowisko osób, które zanegowały boskość koturnowego superego, utożsamianego z komunizmem, a nie tylko sam komunizm, dalej, jak przed laty, tworzy duchową elitę naszego kraju.
To magiczne okno Eris wciąż nas urzeka i dlatego tutaj jesteśmy.
Krzysztof Lewandowski